Zacząłeś pracować jako projektant mody bardzo wcześnie. Skąd wziął się pomysł na projektowanie?
Od małego byłem popychany przez rodziców w stronę różnych dziedzin sztuki. Skończyłem szkołę muzyczną. Chodziłem na zajęcia plastyczne. Zawsze interesowałem się modą. To zainteresowanie wyewoluowało z tego, czym zajmowałem się wcześniej – malarstwa, rysunku, rzeźby. Stwierdziłem w pewnym momencie, że to jest dziedzina, która najbardziej mi odpowiada.
Bartek Michalec
swoją pierwszą autorską kolekcję zaprezentował w 2003 roku w Warszawie (Perplexity na rok 2004). W roku 2004 rozpoczął współpracę z japońskim rynkiem modowym, sprzedając swoje kolekcje w tokijskich showroomach i sklepach. W 2006 roku zaprojektował kostiumy na trasę koncertową Marii Peszek. Pracował jako dziennikarz w magazynie „Viva!”. Jego najważniejsze klientki to między innymi Maria Peszek, Beata Sadowska, Joanna Koroniewska i Katarzyna Przybyszewska.
Swoją pierwszą kolekcję pokazałeś jako 16-latek.
Sam nie wiem, jak do tego doszło. Realizowałem swoje pomysły. One zaczęły się ze sobą łączyć i stworzyły całość. Ludzi z branży modowej poznałem na imprezach i przez różne koligacje towarzyskie. Oni pomogli mi z moim pierwszym pokazem. Dali kontakty, ułatwili start. Jakimś cudem na pokazie pojawiły się ważne osoby i spodobało im się to, co zrobiłem, chociaż – przyznaję – z mojej strony była to bardziej zabawa niż praca. Teraz, po latach, zdaję sobie sprawę, że to było bardzo amatorskie, ale ludzie dostrzegli w tym potencjał.
Twoje kolekcje były sprzedawane w Japonii.
Japończycy pojawili się w moim życiu znienacka. Robili w Europie research, szukali fajnych projektów. Po wnikliwej selekcji wybrali mnie, Anię Kuczyńską i Agnieszkę Maciejak. Nasz agent zabrał kolekcje do Japonii, pokazał w swoim showroomie i zostały one sprzedane. To był ważny moment. Nie zarobiłem na tej współpracy dużych pieniędzy, ale traktowałem ją prestiżowo. Ta przygoda otworzyła mi głowę na wiele rzeczy. To było superdoświadczenie. Żadna szkoła by mi tego nie dała. A doświadczenie jest w tej branży najważniejsze.
Co ujęło Japończyków w twoich projektach?
Myślę, że to, iż robię rzeczy „życiowe”, na ulicę, a nie na czerwony dywan – w przeciwieństwie do wielu naszych rodzimych projektantów. Inspirują mnie zwykłe przedmioty – stare swetry, koszule. Pierwsza kolekcja była trochę dziwaczna, chodziło o pokazanie siebie, swojego myślenia. Kolejne były już znacznie bardziej użytkowe. Sukienki na bazie zwykłego T-shirta, skonstruowane tak, że można je nosić na siedem różnych sposobów.
Jesteś jurorem w konkursie Nokia Trends Lab – mentorem uczestników startujących w dziedzinie projektowania mody. Co musi sobą reprezentować projektant, by odnieść sukces?
Wyselekcjonowałem finałową dziesiątkę. Było mi ciężko, bo każdy ma inne spojrzenie na modę, a nie chciałem nikogo skrzywdzić. Rzeczy tandetne starałem się jednak odrzucać. Najważniejsze jest zaskoczenie – projektant powinien umieć zaskoczyć. I to nie kompletnym dziwactwem typu nocnik na głowie, tylko czymś, co zadziwia konstrukcją, koncepcją, sposobem myślenia o modzie. Lepiej szukać prostych rozwiązań, niż kombinować. Trzeba też umieć uzasadnić swoje wybory estetyczne.
Wiele osób marzy o tym, by być projektantem, a nie każdy powinien. I tu widzę duży plus zachodnich szkół – tam po pół roku wyrzuca się tych, po których widać, że się nie nadają. U nas tego nie ma. Ciągnie się edukację, choć czasami widać, że nic z tego nie będzie.
Mimo że odniosłeś już sukces w branży, masz za sobą pierwsze kolekcje, cały czas studiujesz. Teraz na grafice w Łodzi. Czy tytuł magistra jest dla ciebie ważny?
Wykształcenie jest dla mnie ważne. Chcę zrobić licencjat w kraju. Magistra za granicą, w znanej szkole w Antwerpii. W świecie mody jest wiele osób, które nie skończyły studiów, a tworzą genialne projekty. Dla mnie jednak edukacja ma znaczenie. Chcę zaspokoić swoje ambicje.
Plany na przyszłość?
Teraz kończę kolekcję, którą pokażę pod koniec jesieni. W dalszej perspektywie chciałbym, żeby moje ubrania były sprzedawane masowo, na całym świecie – w Londynie, Paryżu, Tokio. To jest plan na najbliższe 10 lat. Nie marzę jednak o globalnej sławie. Chciałbym być rozpoznawalny, ale dla wybranych.
Rozmawiała Sylwia Kawalerowicz